Na zdjęciu: Tangerine Dream – od lewej Hoshiko Yamane, Thorsten Quaeschning i Paul Frick.
Warszawa, Kraków, Gdańsk, Poznań, Bydgoszcz. Szczecina na tej liście nie ma. Tak wygląda polska część trasy, z którą w maju 2027 roku przyjedzie do Polski Tangerine Dream – legenda muzyki elektronicznej, która w Szczecinie grała przecież dwukrotnie, w 2016 i w 2024 roku. To tylko jeden przykład, ale dobrze oddaje problem, o którym szczecinianie mówią od lat: wielkie trasy koncertowe omijają nasze miasto szerokim łukiem. Kto tu kogo nie lubi – gwiazdy Szczecina, czy Szczecin gwiazd?
Koncerty w Szczecinie – miasto, w którym gwiazdy bywają rzadko
Pytanie nie jest nowe. W lipcu 2025 roku Radio Szczecin poświęciło mu całą audycję po tym, jak jeden ze słuchaczy stwierdził wprost: poza Filharmonią w Szczecinie brakuje występów gwiazd muzyki rozrywkowej światowego formatu. W kalendarzu największej hali w mieście – Enea Arena – dominują festiwale disco, rocznicowe trasy tanecznych show i koncerty krajowych wykonawców. Nawet one nie zawsze dochodzą do skutku: zaplanowany właśnie na dziś, 23 października 2026 roku, koncert Perfectu z Łukaszem Drapałą w ramach jubileuszowej trasy został odwołany. A w marcu 2025 roku miasto obiegła historia gali disco polo, której organizator zniknął razem z pieniędzmi widzów.
Tymczasem szczecinianie, którzy chcą zobaczyć światowe gwiazdy, wsiadają w samochody i pociągi. Kierunek: Berlin, Poznań, Gdańsk, czasem Warszawa. Pieniądze za bilety, noclegi i kolacje zostawiają gdzie indziej.
Demograficzna wyspa na mapie tras
Pierwszy powód jest prozaiczny i nie zależy od nikogo w ratuszu: geografia. Organizatorzy wielkich tras planują je jak sieć połączeń – kolejne koncerty muszą dzielić rozsądne odległości, a wokół każdej hali powinno mieszkać jak najwięcej potencjalnych widzów. Południe Polski jest tu idealne: aglomeracja śląska, Kraków i Wrocław leżą blisko siebie. Szczecin to – jak trafnie ujęło to Radio Szczecin – „demograficzna wyspa”. Najbliższe duże polskie miasta są kilka godzin jazdy stąd, a od zachodu sąsiadujemy z regionem, który sam jest słabo zaludniony.
Paradoksalnie najbliższa metropolia, Berlin, bardziej Szczecinowi szkodzi, niż pomaga. Skoro gwiazda gra w stolicy Niemiec, oddalonej o około 150 kilometrów, organizator nie ma powodu, by stawiać scenę jeszcze w Szczecinie – zwłaszcza że część szczecińskiej publiczności i tak pojedzie do Berlina. A dopóki modernizacja linii kolejowej Szczecin–Berlin się nie zakończy (planowo pod koniec dekady), ruch w drugą stronę – Berlińczyków jadących na koncert do Szczecina – pozostaje raczej pobożnym życzeniem.
Stadion za 390 milionów, na którym nie ma koncertów
Drugi powód to infrastruktura – i tu zaczynają się pytania do samego miasta. Szczecin ma nowoczesny Stadion Miejski im. Floriana Krygiera na ponad 21 tysięcy widzów, oddany po przebudowie w 2022 roku za około 390 milionów złotych. Teoretycznie to obiekt, na którym mogłyby zagrać największe nazwiska. W praktyce od otwarcia nie odbył się tam ani jeden duży koncert.
Powody podaje sam urząd miasta i klub: murawa uchodzi za jedną z najlepszych w Polsce i jest objęta wieloletnią gwarancją, ciężki sprzęt sceniczny mógłby ją zniszczyć, a koncerty planuje się z rocznym, a nawet kilkuletnim wyprzedzeniem, czego nie da się łatwo pogodzić z terminarzem ligowym Pogoni. Do tego dochodzi rachunek ekonomiczny: przy 21 tysiącach miejsc trudno zarobić na gwieździe, która na innych stadionach gra dla dwukrotnie większej publiczności. Najbardziej wymowne było jednak przyznanie przedstawicieli klubu z początku 2025 roku – do operatora stadionu nie wpłynęło dotąd żadne zapytanie od profesjonalnego organizatora koncertów.
Dla porównania – na starym, wysłużonym stadionie przy Twardowskiego w 2002 roku Joe Cocker zagrał dla blisko 20 tysięcy osób. Dało się? Dało.
Hala za mała, filharmonia za elegancka
Enea Arena (wcześniej Azoty Arena i Netto Arena) ma nieco ponad 5 tysięcy stałych miejsc na trybunach. Dla krajowych gwiazd to wystarczy, dla światowych – często za mało, by koncert się opłacił. Hala musi też na siebie zarabiać, więc jej kalendarz wypełniają targi, mecze, konferencje i sprawdzone, bezpieczne formaty. Ryzyko ściągnięcia drogiej gwiazdy z zagranicy rzadko kto chce brać na siebie.
Jest też Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza – budynek, który w 2015 roku zdobył Nagrodę im. Miesa van der Rohe i stał się wizytówką miasta. To właśnie tam od lat trafiają najciekawsze nazwiska spoza świata klasyki – jak wspomniany Tangerine Dream, który w 2016 roku nagrał w Szczecinie album koncertowy „Live at the Philharmony Szczecin – Poland”. Ale sala symfoniczna to niecały tysiąc miejsc. Dla artysty kameralnego, elektronicznego czy jazzowego – idealnie. Dla gwiazdy stadionowego popu czy rocka – nie ma o czym mówić.
Szczecin nie lubi gwiazd? Kilka niewygodnych pytań
Łatwo zrzucić wszystko na geografię. Ale część winy leży jednak po naszej stronie. Ambitne projekty pojawiają się i znikają – Szczecin Rock Festival z 2009 roku nie doczekał się kontynuacji. Nie mamy w mieście silnego, stałego promotora, który budowałby relacje z agencjami i przekonywał je, że Szczecin to dobry przystanek. Brakuje spójnej polityki miasta: ratusz chętnie dopłaca do sportu zawodowego, ale wielkie wydarzenia muzyczne rzadko traktuje jako inwestycję w markę miasta – a przecież dobrze wypromowany koncert przyciąga ludzi z całego regionu i zza Odry.
Uczciwie trzeba też zapytać o publiczność. Organizatorzy chętnie wracają tam, gdzie bilety rozchodzą się szybko. Jeśli szczecinianie przyzwyczaili się, że „i tak pojadą do Berlina”, to przy pierwszej lepszej okazji zostawiają kupno biletu na ostatnią chwilę – a to dla promotora sygnał ostrzegawczy.
Czy coś może się zmienić?
Są pierwsze jaskółki. Hells Bells Festival – organizowany na Łasztowni, w sąsiedztwie Starej Rzeźni i Dźwigozaurów – ma ambicję zrobić z położenia Szczecina atut: przyciągnąć fanów z Niemiec i Skandynawii, gdy tamtejsze festiwale są wyprzedane. Nowy zarząd Pogoni zadeklarował otwartość na rozmowy o wydarzeniach pozazawodowych na stadionie. A szybsza kolej do Berlina może kiedyś odwrócić kierunek koncertowej turystyki.
Żeby jednak Szczecin wrócił na koncertową mapę Europy, potrzebne są trzy rzeczy: decyzja miasta, że wielkie koncerty są jego celem, a nie problemem; obiekt, który można szybko przygotować pod scenę; i publiczność, która udowodni, że bilety w Szczecinie sprzedają się nie gorzej niż w Poznaniu czy Gdańsku. Gwiazdy nie mają nic przeciwko Szczecinowi. Po prostu nikt ich tu jeszcze na poważnie nie zaprosił.
A jakie koncerty w Szczecinie pamiętacie najlepiej? Na kogo czekacie? Napiszcie w komentarzach.


